Kolejna cegiełka – ważna w budowaniu domu- pracownik pierwszego kontaktu.

            Przedstawiam kolejny element pracy, który powinien na tym fundamencie budować kolejne ściany naszego domu. Dokładajmy, więc kolejne cegiełki, które w całości stanowią solidne mury naszego domu. Jeśli, wydaje się komuś, że mogą być, to cegły z rozbiórki lub drugiego gatunku i dom powstanie, to zapewniam, ale jakość jego pracy będzie marna. Te cegiełki, to tak naprawdę pracownicy pierwszego kontaktu, dla których spoiwem jest zespół terapeutyczno-opiekuńczy. A jak wspomniałem w jednym z wcześniejszych tekstów, jak spoiwo będzie marne, to cegiełki będą z tego muru wypadać i będą się tworzyć dziury. I tu znów mamy do czynienia z pracownikiem wypełniającym swą rolę autentycznie, czy tylko formalnie. To można dostrzec bardzo szybko, aby się przekonać, kto jest figurantem, a kto autentycznie pracuje. Pracownik pierwszego kontaktu jest, także wymagany Rozporządzeniem o funkcjonowaniu domów. Pracownicy pierwszego kontaktu, mają fundamentalne znaczenie dla funkcjonowania domu. Oczywiście, tylko pod warunkiem, że nie będzie on traktowany czysto formalnie, na zasadzie być musi. W domu, który przejąłem usłyszałem: u nas pracownicy pierwszego kontaktu działają, nawet w każdym pokoju było wywieszone jego imię i nazwisko. Tylko po bliższym przyjrzeniu się ich działalności stwierdziłem, że są to zwykli opiekunowie pokoju. Ponieważ, mieszkańcy, choć mogli ich nie wybierali, tylko otrzymywali ich po zamieszkaniu przez nich określonego pokoju. Bez prawa wyboru. I co formalnie byli, ale swej roli nie wypełniali. Bo jak można potraktować jako przyjaciela, którego się mu przydziela, a nawet jak się polubili i obdarzyli wzajemnym zaufaniem, to z chwilą zmiany pokoju musieli go porzucić i nawiązywać nowe kontakty. Takie formalne podejście do tej funkcji szkodzi tej instytucji, mogącej bardzo wiele zdziałać w procesie opieki i pielęgnacji. Wiedza o potrzebach mieszkańca, jego dotychczasowym życiu, oczekiwaniach, kontaktach z rodziną czy przyjaciółmi, problemach, stanie zdrowia przy wymianie informacji z pozostałymi współpracownikami może dać dużą szansę na zbudowanie realnego zgodnego z oczekiwaniami mieszkańca planu wsparcia. 

              Pracownik pierwszego kontaktu wypełnia tak wiele zadań, że musi to być brane pod uwagę w ocenie ZTO. Wiedza dobrze wykonującego zadania pracownika o swym podopiecznym jest bezcenna dla zespołu. Tylko trzeba ją brać pod uwagę. Trzeba liczyć się z tym co pracownik ma do powiedzenia. A w przypadkach wątpliwych wypracowywać wspólne stanowisko zespołu. Pracownik pierwszego kontaktu, zmuszony do wykonywania zadań zleconych przez kierownictwo w stosunku do swego mieszkańca, staje się fikcją i nie dziwie się jego wewnętrznemu buntowi. A styl pracy kierownictwa i wielość takich buntów powoduje zachwianie murów tej budowli jaką jest dom. Współpraca, pracowników pierwszego kontaktu, powoduje łatwość w rozwiązywaniu konfliktów między mieszkańcami, tworzenie wspólnot pokojowych i między pokojami. Oczywiście, podstawą dobrego funkcjonowania każdego pracownika pierwszego kontaktu jest dokonanie jego wyboru przez mieszkańca. I tego ważnego aktu nie można pomijać, wybór stanowi akceptację, a ta znowu szansę powstania niepowtarzalnej więzi i zaufania na linii pracownik- mieszkaniec. A, to jest podstawa dla dobrej nieudawanej, a realnej współpracy z mieszkańcem. Nie rozumiem, więc tym razem z punktu widzenia działania pracownika pierwszego kontaktu, na funkcjonowanie w domach niepodzielnych rządów kierowników, bez liczenia się ze zdaniem pracowników pierwszego kontaktu. Trudno mi o takich sytuacjach słuchać i je komentować. A bardzo często podczas prowadzonych szkoleń, widzę zdziwione miny pracowników o czym ja mówię. A mówię o czymś co jest podstawą dobrego funkcjonowania domu. 

               Kolejnym przekładem formalnego podejścia do instytucji pracownika pierwszego kontaktu jest określanie, kogo można, a kogo nie można wybierać. Nie można wyłączać pewnych grup zawodowych, a mających bliski i bezpośredni kontakt z mieszkańcem z możliwości wyboru. Tu zabieramy możliwość wyboru mieszkańcowi pracownika, do którego ma zaufanie. Praktycznie wszyscy pracownicy domu, wg mnie powinni poddawać się wyborowi. Bo dom, to tak instytucja, że nie ma pracowników, których mieszkaniec, by nie poznał i się nie mógł zaprzyjaźnić. Tak jest w prawdziwym domu funkcjonującym na zasadach domu rodzinnego. Wiem, ktoś powie jak, można zrobić dom funkcjonujący na zasadach domu rodzinnego z domu powyżej 100, 140 mieszkańców. Po dobrym przemyśleniu, może i pewne elementy tam się da zachować, ale jest to karkołomne zadanie. Ale nie niemożliwe, choć mi się to nie udaje w pełni w domu 170 osobowym, a w mniejszych do 100 się udawało. Czyli coś w tym jest, dobrze, że obecnie nie ma możliwości budowania większych domów. To tylko Blog, tu sygnalizuję problemy, a cały temat pracownika I kontaktu znajdziecie w zakładce Działu metodycznego Vademecum pomagajmy – skutecznie.pl. Przyjemnej, owocnej lektury życzę

 

 

Fundament i cegiełki, czyli o funkcjonującym zgodnie z potrzebami jego mieszkańców domu pomocy społecznej

                 Rozpoczynam tą tematykę , tekstów na blogu, aby w luźniejszy niż na stronach, bez naukowego, a bardziej z praktycznego podłoża pogadać trochę o formach i metodach pracy domu.  Do oczywistego faktu, że bez wypróbowanych form i metod pracy nie da rady pracować w tej instytucji jestem święcie przekonany. Wielu już próbowało i nie wyszli na tym dobrze. Oprę się na rozwinięciu głównie tych form , które są wymagane rozporządzeniem. Zacznę od zespołu terapeutyczno-opiekuńczego, a następnie kolejne, pracownik I kontaktu, terapia i cały program terapeutyczny. Zaczynam od zespołu, bo nasza praca jest zespołowa. Indywidualności nawet najlepiej przygotowane do pracy nie są w stanie nic zdziałać, mogą pracować mało efektywnie lub zostać same ze swymi pomysłami. 

    Praca zespołowa w domu, to podstawa wszelkich działań. Wiem, każdy powie, że to trudne, bo trudno stworzyć dobry rozumiejący się zespół. Zawsze musi być lider, a w przypadku domu wielu liderów na poszczególnych odcinkach. I tak jak zespół nie może być tylko ”formalnie „powołany i „formalnie” działający, tak zdobycie pozycji lidera nie jest łatwe. Na te pozycje trzeba sobie zapracować, właśnie w relacjach z zespołem. Jak ostatnio czytam na Facebooku, przykłady pracy, a szczególnie efekty tej pracy, szalone pomysły kierowników, to mogę pytać, gdzie jest ZTO. Prawdopodobnie jest, bo być musi, ale tylko formalnie, bo wszystko najlepiej wie Pani Kierownik, a każdy pracownik ma pracować i nie gadać, bo jak pogada, to po premii. Ja wiem , że w obecnych czasach, przy takim bezrobociu trudno o samobójców i sprzeciwieniu się kierownikowi, czy dyrektorowi. Tylko, to do niczego nie prowadzi. Powiem ostrzej w tej pracy same ambicje bycia „KIMŚ” nie wystarczą, bycie „KIMŚ” w zespole, to jest coś. A autorytetu , wiedzy, nie nabywa się wraz z angażem, czy nominacją. Na, to bycie „KIMŚ” trzeba mocno popracować. 

           Pracujący w domach, to ludzie o wielu zawodach, za wyjątkiem pielęgniarek, fizjoterapeutów, psychologów, ale i dla nich praca w domu jest bardzo tajemna i do wypracowania własnych rozwiązań. Tak naprawdę nikt nie przygotowuje do tej pracy. W moim mieście w szkołach prywatnych istnieją kierunki np. Opiekun w domu pomocy społecznej, tylko tak za bardzo nie wiem , kto je kończy. Nie miałem okazji poznać jeszcze absolwenta takiego kierunku. Udało mi się zapoznać z przedmiotami, ale nie było tam niestety tych , które stanowią podstawę funkcjonowania domu. Chodzi mi głównie o przedmioty, czy zagadnienia przygotowujące do pracy jako „pracownika pierwszego kontaktu”, zespołu opiekuńczo- terapeutycznego, opracowywania programów terapeutycznych domów, opracowywania planów adaptacji, czy wspierania. Nie samą pielęgnacja zajmuje się pracownik domu, choć jest ona bardzo ważna i niekiedy pierwszoplanowa. Skończmy, jednak z narzekaniem, niema, to niema i trzeba dać sobie radę. Jako doświadczony praktyk po kilku rozmowach z Kierownikami działów, pracownikami jestem w stanie określić , czy w tej, czy innej placówce zespół działa, czy stanowi tylko formalne ciało. 

             Dobrze działający zespół terapeutyczno-opiekuńczy i wchodzący w jego skład pracownicy pierwszego kontaktu, to autentyczny fundament prawidłowego funkcjonowania domu. Tak fundament, ale jeśli ten fundament będzie słabo wykonany nie będziemy na, nim w stanie zbudować dobrego domu. Ponieważ te cegiełki, czyli pracownicy domu, nie będą stanowić jednolitych ścian, tylko wypadające raz po raz, powodować będą dziury w ścianach i konieczność ciągłego naprawiania. Ale ten dom można podstemplować i podeprzeć, aby się nie rozleciał. Tylko, wtedy właśnie będzie, to bardzo sformalizowana instytucja i działający tylko formalnie zespół, a nie autentyczna formuła pracy. Dyrektor nie będzie występował w roli konserwatora, który wciąż zakleja dziury w ścianach. Zespół działa na podstawie opracowanych przez pracowników pierwszego kontaktu wraz z specjalistami, planach adaptacji, czy wsparcia mieszkańca, a zbiór tych planów stanowi podstawę funkcjonowania domu. Nie ma tu miejsca na indywidualne występy i realizacje mijających się z potrzebami mieszkańców własnych ambicji np. kierownika. Dobrze działający zespół zapewnia właściwą komunikację i wymianę propozycji wynikających z pracy bezpośredniej z mieszkańcem. Wówczas, to wszystkie decyzje , tak np. nie kierownika, dyrektora, ale zespołu są dla wszystkich jasne i oczywiste. Tak naprawdę zespół terapeutyczno-opiekuńczy na bieżąco monitoruje to, co się w domu dzieje, na bieżąco koryguje pracę całego zespołu pracowników. A i kierownicy mają świeże informacje od pracowników, których winni wspierać w ich działaniach, a nie tylko zmuszać do realizacji własnych pomysłów. Mam też propozycje dla dyrektorów, posłuchajcie raz po raz tego o czym dyskutuje się na zespole, jak realizowane są plany wsparcia, a w sumie jak pracuje dom, jego poszczególne cegiełki i zobaczycie wtedy, czy nie wypadają . Nie będę namawiał kolegów i koleżanek  dyrektorów do bycia samemu, pracownikiem pierwszego kontaktu, ja nim jestem i powiem, że mi się to przydaje w pracy. Może budzi kontrowersje u kolegów dyrektorów i w organach kontroli, ale pozwala na zbieranie własnych doświadczeń z zakresu pracy z mieszkańcem w tej roli.

             Choć jest to delikatna materia wymagająca przemyślenia. To się naprawdę przydaje , zapewniam, tym bardziej, że ZTO stanowi doskonały instrument w Kontroli Zarządczej całokształtu pracy z mieszkańcem. Oczywiście, jak wcześniej wspomniałem , chciałem w luźniejszej formie zasygnalizować zalety nie formalnego, a autentycznego funkcjonowania zespołu. O roli i jak powinien przynajmniej w mojej wyobraźni i praktyce funkcjonować zespół terapeutyczno-opiekuńczy piszę w zakładce działu metodycznego Vademecum. Zapraszam jak zawsze do dyskusji i wymiany doświadczeń. Po przeczytaniu całego tekstu, wiadomo już dlaczego takie zdjęcie otwiera ten tekst.

Dlaczego zdecydowałem się na bycie pierwszym kontaktem

                     Długo zastanawiałem się, czy zdecydować się na bycie pracownikiem pierwszego kontaktu, prawo mi tego nie zabraniało. Zawsze prezentowałem, teorię, że jako dyrektor nie powinienem, nim być. Dlaczego? Ponieważ twierdzę, że w tej instytucji, w której żyje tak wiele osób, ta jedna może poczuć się wyróżniona, a inne odrzucone. Jednak, czy tak będzie zależy tylko ode mnie; od mojej rozwagi w traktowaniu mieszkańca.
I mam zapewne rację, kiedy głoszę, że dyrektor nie powinien podejmować się tej funkcji, nie powinien dawać powodów do dyskusji, mieszkańcom, którzy będą mówili, że podopieczny dyrektora będzie miał lepiej, ale czy na pewno lepiej, żyjąc w tej zbiorowości. Może i tak, do dnia dzisiejszego sam reprezentowałem ten pogląd.
Dlaczego, jednak zdecydowałem się? Gdy stwierdziłem, że powinienem to zrobić, kiedy autentycznie, nie licząc na wyimaginowane korzyści wg, ktoś mnie wybierze i o tym przekona. Po drugie teorie, które głoszę będę mógł sam zweryfikować przed swym podopiecznym, zespołem terapeutyczno-opiekuńczym i samym sobą.
                        

           Jak do tego doszło, że złamałem się? Od dłuższego czasu, jako dyrektor zajmowałem się jednym z mieszkańców, szczególnie ze względu na jego podstawowy problem, to jest spożywanie alkoholu niekiedy w nadmiernych ilościach, wspierałem w tym względzie ówczesnego jego pracownika I kontaktu. Musiałem prowadzić z, nim rozmowy, kiedy skarżyli się inni mieszkańcy na uciążliwego będącego pod wpływem alkoholu współmieszkańca. Udawało się, to niekiedy z pozytywnym skutkiem. Okresy niepicia udawało się wydłużać. Życie jest, jednak życiem, nigdy nie ukrywałem, przed nim mego niezadowolenia ze względu na spożywanie alkoholu. Po jednym z zamkniętych leczeń, na które się sam zgłosił, przekazał mi do poczytania swój napisany w trakcie leczenia „Picorys”. Był on wydaje mi się dobrze napisanym” życiorysem picia”, a zarazem życia. Miałem okazję poznać go jako inteligentnego człowieka, który mając ukończone wyższe studia, w trakcie pracy zawodowej, mając ku temu okazje wpadł w pułapkę alkoholową. Leczenie nie przyniosło oczekiwanego skutku, w swym ” picorysie „, bardzo negatywnie według niego oceniał jego przebieg i podejmowane zabiegi terapeutyczne. Trochę w tym było także manipulacji, w której jest on bardzo dobry. Podkreślam, nasze rozmowy nie należały do przyjemnych, rozmawiając z nim wiedziałem, że rozmawiam z człowiekiem chorym, z choroby, której nie zdaje on sobie sprawy. Szanując jego godność jako człowieka, mówiłem mu wprost o jego problemie, nie owijałem nic w bawełnę, mówiłem mu bez ukrywania prawdy co myślę o jego piciu i co myślą o jego nałogu inni.
Bardzo lubił i zawsze cenił sobie rozmowy z psychologiem i właśnie Panią Krysię – psycholog wybrał na swój I Kontakt, jednak Pani Krysia ze względu na zmianę miejsca zamieszkania zmuszona była, odejść z pracy. Pozostała sprawa, kto będzie jego pracownikiem I kontaktu? Wybrał mnie. Argumentował ten fakt, że i tak ja jestem jego powiernikiem i doradcą poprosił mnie, abym się zgodził. Po długiej rozmowie, zadając mu pytanie, Czy wie, co robi? mając na myśli moje poglądy jak z jednej strony zadeklarowanego przeciwnika spożywania alkoholu na terenie domu. Odpowiedział, że wie i zrozumie moje najtrudniejsze posuniecie jako dyrektora w oderwaniu od pracownika I kontaktu, ponieważ mnie ceni i ma do mnie zaufanie. (Czyżby kolejna manipulacja czy szczerość?) 

              Jednak ze względu, na dodatkowe obciążenie czasowe i faktyczne problemy, które mnie czekały, długo zastanawiałem się. Przeważyło, jednak przeświadczenie, że nie jestem tylko jak, by się to wydawało, administratorem domu, ale także jego pracownikiem, człowiekiem od pomagania. I zdecydowałem się. Podczas zespołów terapeutyczno -opiekuńczych, na którym mój podopieczny był omawiany, ja przedstawiałem swe diagnozy  jego problemów , w kontekście realizacji dotychczasowego planu wsparcia. Wszystkie materiały oraz projekty planów z nim uzgadniałem   co potwierdzał mi swym podpisem, zawsze razem byliśmy podczas spotkań zespołu na których był omawiany.   Zawsze towarzyszyła mi niepewność, czy będzie on   trzeźwy i czy dotrzyma danego mi słowa. Z tą kondycją na spotkaniach zespołu bywało różnie, plany realizowaliśmy także różnie, ale jedno co mogę powiedzieć zmieniło się wiele. Mój podopieczny w znacznym stopniu ograniczył picie alkoholu, przerwy między piciem wydłużały się, a ciągi były bardzo krótkie.   Nie było łatwo, tylko że w naszej pracy nigdy nie jest łatwo. Nie można iść na skróty, trzeba cierpliwości i nie można zniechęcać się porażkami. Bo my od razu świata nie naprawimy, ale musimy się starać, to robić. To jest nasze zadanie, które przyjęliśmy na siebie podejmując tę pracę. Zaznaczmy jeszcze, że wszystkie działania podejmowane w ramach tej roli, podejmujemy poza wszystkimi obowiązkami wynikającymi z umowy o prace na swym stanowisku. Wszystkim koleżankom i kolegom pracownikom pierwszego kontaktu, życzę dużo satysfakcji w swej pracy i jak najmniej zwątpień. Pamiętajmy wszystko to czynimy dla dobra naszego mieszkańca. 

 

Czy w naszym kraju są domy starców?

Dlaczego pytam? zaraz odpowiem. Bardzo często słyszę od osób starszych, a jak zabraknie mi sił pójdę do „domu starców”, nie będę swą osobą obciążać dzieci. Ale nie, to zainspirowało mnie do zajęcia się tym tematem.      Przeczytałem apel na Facebooku, aby pomóc młodemu człowiekowi na wózku, by nie musiał iść do domu starców.   Apel ten poparty był artykułem jednej z poczytnych gazet, w której dziennikarz opisał los młodego człowieka, który oczekuje pomocy, ponieważ został sam. Nie będę wnikał w merytoryczną treść tego artykułu. Może kiedyś wrócę do tego tematu, ale dziennikarz trafił na mój bardzo czuły punkt. Ja po prostu jestem wielkim przeciwnikiem nazywania domów pomocy społecznej „domami starców”. Dlaczego?   Inspiracją dla autora działającego w słusznej sprawie była wypowiedź tego młodego człowieka. Może ją zacytuję ” W końcu dałem się wpisać na listę oczekujących. Ale, to przecież jest dom starców, a ja mam dopiero 25 lat! Chciałbym być samodzielny, założyć rodzinę. Tam mieszkają głównie mocno niedołężni ludzie, niektórzy już zupełnie nie kontaktują. Jest kilka młodych osób, ale mocno upośledzonych. A ja chciałbym normalnie żyć i pracować – mówi ……”. A artykuł nosił tytuł: „25-latka na wózku inwalidzkim czeka tylko dom starców”. Może   nazwa    dom pomocy społecznej nie jest za bardzo fortunna, ponieważ przybywa w domach mieszkańców finansujących razem z najbliższymi w, nim pobyt.  Jest lepsza i dla mnie bardziej do przyjęcia, niż „dom starców”, która to nazwa tak naprawdę, jak i opis tego młodego człowieka nie odpowiada w pełni rzeczywistości. Dlaczego poruszam ten temat, powiem, że nie tylko dlatego, że nie lubię tej potocznie używanej nazwy, ponieważ nie oddaje ona rzeczywistego funkcjonowania domów. W społeczeństwie brakuje wiedzy na temat tych instytucji, z tego też względu ludzi mieszkających w domach traktuje się niekiedy jak ludzi drugiej kategorii, a rodziny osób tam mieszkających traktują ten fakt jako coś wstydliwego. Niech przykładem będzie np. fakt skończenia 100, a niekiedy i więcej lat przez mieszkańca, co dla domu jest ważnym wydarzeniem, a rodzina nie wyraża zgody na zaproszenie mediów, czy zamieszenie zdjęcia na stronie internetowej. Odbija się to na kształtowaniu tego prawdziwego oblicza domów.   Największe wrażenie w mediach robią artykuły czy reportaże o różnych nazwijmy, to w cudzysłowu „aferach” w domach. Jestem za pisaniem i napiętnowaniem rzeczy złych, bo środowisko domów nie jest wolne od błędów, które należy niekiedy publicznie piętnować, ale po rzetelnym sprawdzeniu informacji oraz obiektywnym spojrzeniu. Bo sprostowania ukazują się, jeśli w ogóle ukazują w takich miejscach, gdzie nikt nie przeczyta. Takie wydarzenia mają znaczny wpływ na tworzenie wizerunku domów w ogóle, ale także ich odpowiedniego nazywania. Tak na marginesie w chwili obecnej jest bardzo ważne, kto taki dom prowadzi, czy samorząd, czy osoby prywatne. Chociaż te ostatnie, nie mając obowiązku stosowania stałej nazwy nazywają swe domy, Domami Opieki czy Seniora. Ważnym jest, aby jednak w przypadku tych ostatnich domów na pierwszym miejscu stał człowiek, a nie zysk. Kolejną ważną sprawą, która ma wpływ, moim zdaniem na stosowanie tej nazwy, której nie lubię stanowi fakt, że w bardzo małym stopniu istnieje wiedza, że istnieje w naszym kraju siedem typów domów, i nie w każdym typie nasz najbliższy może zamieszkać. Bardzo często zgłaszają się rodziny, bądź dzwonią z pytaniem jak można umieścić w naszym domu członka rodziny dowiadują się, że w naszej miejscowości ze względu na schorzenie nie będzie, to możliwe. Ponieważ nie ma takiego typu domu. Najbardziej rozpoznawalnymi są jedynie domy dla dzieci. Natomiast typy domów dla ludzi dorosłych już się mieszają w społecznej świadomości. Jest tu zasadniczy problem z ich rozmieszczeniem na terenie powiatów czy województw. Był czas, kiedy wiele domów, że względu na brak skierowań zmieniło swój typ. Podziały domów na typy ma swe uzasadnienie, ponieważ w każdym z nich praca z mieszkańcem jest inna, a także inne są potrzeby mieszkańców. I tak mieszkaniec z chorobą psychiczną, może wyrządzić zupełnie nie, dlatego ze chce, ale ze względu na chorobę wiele krzywdy innym mieszkańcom. Jest, to niekiedy mało zrozumiałe dla rodzin, a niekiedy i samych pracowników pomocy społecznej nie pracujących w domach. Pracownicy domów mogą sami stwierdzić, ile zamieszania i problemów może przynieść w domu mieszkaniec nieprawidłowo skierowany. A system kwalifikacji szczególnie lekarskiej u nas kuleje. Nie wszyscy lekarze przywiązują uwagę, gdzie stawiają krzyżyk, przy jakim typie domu. Niekiedy robią, to zupełnie nieświadomie, bo i oni śmiem twierdzić, nie wiedzą, czym naprawdę różnią się określone domy. Niekiedy robią, to pod naciskiem rodziny, która chce mieć swego najbliższego jak najbliżej. I stąd ten młody człowiek, któremu brakuje wiedzy na temat funkcjonowania domów tak je nazywa, nikt mu nie powiedział na pewno w jakim typie domu będzie, że będąc mieszkańcem domu, jeśli stan jego zdrowia mu pozwala może podjąć pracę poza domem i że w domach mieszka wiele młodych ludzi. I tak naprawdę zamieszkanie w domach nie jest dożywotnie, znam mieszkańców, którzy wyprowadzili się z domów do własnych i założyli rodziny. Mało, kto wie, szczególnie młodzi ludzie, że z domu zawsze można zrezygnować i zamieszkać poza, nim. Chociaż według mej wiedzy ta forma mieszkań chronionych dla mieszkańców domów nie wszędzie jest jeszcze rozwinięta. Wiele w tym względzie jest jeszcze do zrobienia, ale powoli się robi, wymaga to znacznych niekiedy nakładów finansowych, fachowców, wolontariuszy. To wszystko się robi, ale nie wszędzie i w różnym tempie. Tylko proszę wyeliminujmy z naszego nazewnictwa „domy starców”, bo to przynosi wiele szkody mieszkańcom domów. Bardziej szczegółowo o typach Domów można poczytać na stronach VADEMECUM pomagajmy -skutecznie.pl. 

 

 

Seks w domu pomocy społecznej tematem tabu. Miłość, przyjaźń tak, ale małżeństwo niekoniecznie

                Do poruszenia tego tematu, skłoniła mnie informacja z 2017 roku, że urzędnicy z Lublina zablokowali strony z słowem „seks” w domu pomocy społecznej dla osób niepełnosprawnych fizycznie. Dostawcą Internetu jest Urząd Miasta, który tłumaczy ten fakt pracami konfiguracyjnymi sieci lub dużym obciążeniem, bo mieszkańcy okupują te strony. Kiedykolwiek porusza się sprawy seksu na terenie domów, zazwyczaj kończy się, to wieloma niedopowiedzeniami. Bo tak naprawdę niewiele jest badań na ten temat właśnie w domach. Lecz nie można powiedzieć, że problem wśród mieszkańców nie istnieje oczywiście jest to sprawa bardzo zindywidualizowana w zależności od typu domu, czy zamieszkujących domy mieszkańców. Seksualność człowieka, a tym samym mieszkańca domu jest czymś naturalnym. Jest, to sprawa biologii i nie będę tu wnikał w szczegóły, bo nie jestem do tego uprawniony. Jednak w wielu przypadkach w domach i nie tylko jest to, po prostu temat tabu. Pomimo wielu lat pracy w domach nie byłem ani nie słyszałem, aby byli inni na dobrych szkoleniach z tego tematu. Owszem, podnosi się te tematy, lecz wykładowcom brakuje może wiedzy, znajomości realiów domów, czy, po prostu odwagi na poruszanie tego tematu. Nie można, jednak stwierdzić, że problem ten nie występuje u mieszkańców domów. Oczywiście, nie na zasadzie pierwszoplanowej potrzeby, lecz jednej z naturalnych indywidualnych potrzeb mieszkańców czy mieszkanek. Potrzeba bliskości z inną osobą i zaspokojenie popędu seksualnego jest, bowiem naturalną potrzebą człowieka w każdym wieku, bez względu na jego niepełnosprawność. 

            W Polsce tego tematu chętnie się unika, z wielu względów. Jednym z nich są na pewno względy kulturowe oraz religijne. W wielu kwestiach głoszonych kiedyś w przeszłości odwaga dyrektorów i życie wiele tematów zweryfikowało. Pamiętam przed wielu laty koedukacyjne domy dla niepełnosprawnych intelektualnie, czy psychicznie nie miały szansy istnienia. A czym, to uzasadniano? Właśnie niekontrolowanym seksem, bo miały się w tych domach rodzić dzieci. I co okazało się to wymyślonym przez przeciwników tego rozwiązania straszakiem. Kiedy względy ekonomiczne, wolne miejsca zmusiły dyrektorów do przyjmowania mieszkańców płci przeciwnej okazało się, że nic takiego nie grozi. Domy koedukacyjne istnieją już lat kilka, a dzieci jakoś się nie rodzą. Mieszkańcy tych domów bardziej preferują potrzebę przyjaźni, bliskości, a nie seksu. Jeśli coś takiego nastąpiło w kraju, to mieszkanka zazwyczaj została wykorzystana przez osobę z zewnątrz domu. Okazało się, że mieszkańcy tego typu domów odczuwają te potrzeby w sposób specyficzny i nie zmierza, to do prokreacji. Piszę o tych sprawach w sposób ogólny, bo to, bowiem tylko blog, a nie publikacja naukowa. Ja zwracam tylko uwagę na problemy. W domach zamieszkiwanych przez osoby pełnosprawne umysłowo, a tylko niepełnosprawne fizycznie oraz ludzi starych, czy w podeszłym wieku problemy, choć niekiedy niedostrzegane występują częściej. I jest to rzecz naturalna wielu publikacjach słyszy się poglądy, że domy pomocy społecznej powinny umożliwiać zaspakajanie wszystkich potrzeb w tym seksualnych. Czy w naszych domach jest to możliwe. Sadzę, że nie. Z wielu względów. Myślę, że najważniejszy jest tu czynnik obyczajowy i religijny. Na pewno nie brak potrzeb, czy ich przytłumienie. W polskich domach, każdy o czymś z tego zakresu wie, ale się o tym nie mówi. Na pewno nie mówi się o potrzebie uregulowań prawnych. Każdy mieszkaniec, a trzeba powiedzieć, że wśród nich są bardzo młodzi musi sobie radzić sam. A jak to robi, czy wewnątrz, czy na zewnątrz wie tylko on i niekiedy pracownicy, którzy przez przypadek w trakcie wykonywania pracy mogą się spotkać z rzeczywistością tego drugiego „życia” domu. Bywają także w domach długoletnie przyjaźnie mieszkańców, kończące lub nie związkiem formalnym lub szybkie związki po niedługiej znajomości. Czy one podyktowane są rozwiązywaniem tego problemu, chyba nie zawsze. Niekiedy szczególnie te szybko formalizowane związki niekiedy przy sprzeciwie rodziny wynikają z innych względów potrzeby bliskości drugiej osoby lub względami materialnymi. Bo partner lub partnerka ma wysoką emeryturę. Prawdę mówiąc, niema nic piękniejszego widząc okazywaną sobie nawzajem miłość dwojga ludzi w starszym wieku. Ale ta prawdziwą, a nie interesowną. 

                  W Domu toczy się normalne życie i w domu jest tak samo, jak w życiu ludzi mieszkających poza domem. Problem powstaje wtedy, kiedy pracownicy w tym szczególnie pracownik pierwszego kontaktu wie, że będzie to bardzo toksyczny związek. Podejmuje się wówczas działania, aby do takiego związku nie doszło. Wszystko, jednak w rękach udzielającego ślubu, księdza czy urzędnika stanu cywilnego. Oni to, bowiem biorą odpowiedzialność za to, że sakramentalne tak zostanie wypowiedziane w pełni świadomie. Miałem taki przypadek, że mieszkaniec chciał zawrzeć związek małżeński z mieszkanką wiele od niego starszą, ale bardzo dementowaną. Rozpoznał się na tym ksiądz, który odmówił udzielenia ślubu, nie rozpoznali się, jednak urzędnicy Urzędu Stanu Cywilnego i wyznaczyli termin ślubu. Tutaj na szczęście dla tej kobiety w odpowiednim czasie odnalazła się córka, która na stałe mieszkała w Kanadzie i pobyt w Polsce rozpoczęła od odwiedzenia matki, Kiedy w rozmowach z tym Panem nic nie wskórała w desperackim rzucie napisała do Sądu wniosek o ubezwłasnowolnienie matki, a kopię zaniosła do USC. Gdyby nie znalazła się córka uczynił, by, to na pewno dom. Wówczas urzędnicy zawiesili decyzję o udzieleniu ślubu do czasu rozstrzygnięcia przez sąd. Pan widząc, że nic z tego nie będzie sam wycofał dokumenty i zrezygnował z zamieszkiwania w domu. Pani decyzją Sądu została ubezwłasnowolniona. Żyła jeszcze kilkanaście miesięcy. Na pogrzebie Pan się zjawił, ale już z inną panią i jej wnukiem, u, której mieszkał. Chodziło mu o mieszkanie poza domem, nasza mieszkanka miała domek, więc gra była warta. Często, jednak mieszkańcy domu nie informując dyrekcji domu, a tak naprawdę, dlaczego mieli, by informować? zawierają ślub i do dyrektora przychodzą dopiero po wspólny pokój.

                 Tak też często bywa. I tak od urzędniczego zakazu oglądania w Internecie seksu przeszliśmy do „domowych” przyjaźni i małżeństw. Chciałem, przez, to pokazać, że żaden zakaz ingerujący w z zakres naturalnych potrzeb człowieka nie zlikwiduje go ani nie wytłumi. Temat ten, czy to się nam lub innym podoba, czy nie istnieje i istnieć będzie. Trzeba tylko odważnych do jego podjęcia, a nie udawania, że zamieszkujący dom ludzie nie mają z tym problemu, a co z dorastającymi nastolatkami i młodymi ludźmi zamieszkującymi w innych typach domów? Może kiedyś powrócę do tego tematu liczę także na dyskusję.

„Aby się chciało chcieć” -, czyli o aktywizacji mieszkańców domu pomocy społecznej i nie tylko słów kilka.

                      Na wstępie odniosę się do statystyki popularności tematów na mojej stronie pomagajmy – skutecznie.pl. Przez cały rok, rekordy czytelnictwa ma temat: Aktywizacja mieszkańca. Tylko w okresie urlopowym co mnie bardzo cieszy musiał ustąpić miejsca tekstom na Blogu. Dlatego też w takiej formule jak pisałem o poprzednich zagadnieniach potraktuję i to, jedno z ważniejszych w życiu każdego mieszkańca w domu. mieszkańcowi nudzącemu się, nie wiedzącemu co zrobić z czasem przychodzą do głowy różne pomysły. I, to nie zawsze zgodne z wolą współmieszkańców, jak np. zasiadanie i popijanie alkoholu, by czas szybciej biegł. Całość tego zagadnienia sprowadziłem do stwierdzenia,” aby się chciało chcieć”. Powinno się tu zadać pytanie, Komu ma się chcieć? Odpowiedź jest dla mnie prosta mieszkańcom domu, ale także wszystkim pracownikom domu zaangażowanym w proces wspierania mieszkańca. Nie tylko terapeutom. I wiem, co mogę usłyszeć, ale oni są zatrudnieni po to, aby organizować czas mieszkańcom. Zgadza się są oni po to, tylko nie ma ich tylu, aby byli w wystarczającej ilości przez cały niezbędny czas oraz tydzień. Jest, to dom a w domu także pozostali pracownicy powinni się wspierać w swych działaniach, bo są to działania nakładające się na siebie. Ale co robić ma mieszkaniec, organizować czas samemu, uczestniczyć w czasie organizowanym przez terapeutów zajęciowych, czy organizować go wspólnie z terapeutami innym współmieszkańcom. A, czy tylko z terapeutami? I tutaj pojawia się kolejny problem, a zarazem pytanie, kto powinien uczestniczyć w aktywizowaniu mieszkańców? oraz organizowaniu, im także czasu wolnego. Jeśli jest to dobrze zorganizowany dom, z uzupełniającymi się w procesie wspierania pracownikami, to problem nie istnieje. W przeciwnym wypadku wystąpi na pewno lub już istnieje, ale my tego nie dostrzegamy, szczególnie jego przyczyny. Jaki on będzie na pewno wielowątkowy, od złej atmosfery wśród mieszkańców, konfliktów, do problemów zdrowotnych. Podstawą podejścia do tego zagadnienia jest typ domu oraz stany psychofizyczne mieszkańców. 

               Dlatego też wg mnie, tak ważnym jest, aby opracować w każdym domu „program terapeutyczny”, w którym praktycznie, a nie schematycznie ustali się Grupy terapeutyczne, do których przypisane zostaną odpowiednie formy pracy z mieszkańcem. Szczególnie ważni będą tutaj realizatorzy tego programu oraz konkretni mieszkańcy w zależności od ich możliwości psychofizycznych. Ponieważ żaden mieszkaniec nie powinien być pozostawiony w tym zakresie samemu sobie. Dotyczy, to szczególnie mieszkańców leżących, z utrudnionym kontaktem, dla których jedynym zajęciem i kontaktem z pracownikami domu, może okazać się czas wykonywania czynności pielęgnacyjno – opiekuńczych, czy karmienia, a tak naprawdę pozostaje mu telewizor i patrzenie w sufit. Każdy mieszkaniec, który odbiera jakiekolwiek bodźce zewnętrzne powinien je otrzymywać, w takiej formie i ilości jaką akceptuje dając informację zwrotną w sposób, symboliczny znany pracownikom stale z, nim pracującym, gest, mimika twarzy itp.  Oczywiście, wszyscy szukają w każdym podejściu do aktywizacji mieszkańców sposobu w, jaki to robić. I niestety nie znajdą gotowej recepty, w żadnym podręczniku czy materiale na ten temat. Znajdą sposoby, metody, czy będą one skuteczne w stosunku do indywidualnego mieszkańca? powiem, że nie. Może stosując metodę „chybił trafił „coś się przyda. Ale, czy tak powinno być? Trzeba tu mieszkańca poznać, a ten proces zaczynamy od chwili odwiedzenia go w jego miejscu zamieszkania przed przyjęciem do domu, poprzez okres adaptacyjny. Na pewno metodą nie jest przymuszanie mieszkańca np. poprzez zamykanie drzwi do pokoi w ciągu dnia, aby nie mieli się, gdzie podziać i poszli na terapię. Dowiedziałem się o tej pseudo metodzie na Facebooku. To nie metoda i ci, co to robią nie tylko łamią prawa mieszkańca co do wyboru sposobu i stylu życia, ale prawa człowieka, uważam, że nie powinni pracować w domu. 

                 Sami sobie odpowiedzmy, czy lubimy jak nas się do czegoś zmusza, czy jesteśmy szczęśliwi, kiedy musimy w naszym prywatnym domu wykonywać czynności, których nie cierpimy. Nie na pewno nie jesteśmy. A mieszkaniec domu, się od nas czymś różni, powiem nie, mieszka on w innym domu, ale człowiekiem jest takim samym, może trochę zmieniony toczącą go chorobą. Dlatego tak istotną według mnie rolę może w całokształcie pracy z mieszkańcem odegrać może dobrze opracowany i stale aktualizowany program terapeutyczny domu. Nie będę się w niego wgłębiał, bo szczegóły można znaleźć na Stronie, podział na Grupy powinien być podstawą pracy nie tylko terapeutów zajęciowych, ale wszystkich pozostałych pracowników. W trakcie realizacji tego programu, ważną rolę zajmie współdziałanie terapeutów zajęciowych z fizjoterapeutami w zakresie usprawniania mieszkańca. Opiekunów, którzy w trakcie wykonywania czynności pielęgnacyjnych, poprzez aktywizowanie do wykonywania pewnych czynności samodzielnie przez mieszkańca, utrwalać będą w ten sposób przywrócone umiejętności przez kolegów i koleżanki. To samo dotyczy np. utrwalania i ciągłych ćwiczeń przez pozostałych pracowników, a zapoczątkowanych np. przez logopedę. Nie uda się realizacja całości takiego Programu bez współdziałania wszystkich pracowników, tak jak w każdej innej dziedzinie życia domu. Indywidualne działania nie zawsze są wskazane, a jeśli występują, to muszą wynikać z programu. Tutaj też liczy się praca zespołowa. To ze sprawa aktywizowania jest ważna, jestem przekonany. Ponieważ pracownicy domów poszukują wiedzy na ten temat. Nie ma jej za wiele, jak na każdy temat funkcjonowania domów. Nie o gotowe recepty tu, jednak chodzi, Ja bym bardziej położył nacisk na to, aby pracownikom bez względu na stanowisko” chciało się chcieć” i podchodzili do tej pracy zespołowo rozumiejąc jej znaczenie dla funkcjonowania domu, a przede wszystkim zaspakajania potrzeb jego mieszkańców. Bo oni są najważniejsi.